kwietnia 2013 - Biblioteka pod Marcepanem

środa, 24 kwietnia 2013

Anioł i demon w "Zmysłowej grze"

Stephane Chong
Wydawnictwo : Otwarte
Ilość stron : 347

Obiecałam sobie, ze nigdy więcej żadnej powieści erotycznej. Po pierwsze dlatego iż zawiodłam się na „Nielegalnych związkach”. Dlatego wahałam się kiedy koleżanka zaproponowała ze pożyczy mi „Zmysłową grę”. Ostatecznie zachęcił mnie do tego pomysł autorki iż połączy demona i anielicę. W sumie to zawsze jakaś namiastka delikatnego paranormal romance. Kiedy zaczęłam czytać, wpadłam. Siedziałam do 2 w nocy, aby zakończyć książkę. Bałam się, ze jeżeli ją odłożę, nie będę mogła zasnąć.

Główną bohaterką jest Serena. Jest ona aniołem stróżem. Misją dziewczyny jest nawracanie dusz na dobrą drogę, prowadzącą do zbawienia. Jednak nie wszystko jest takie łatwe jakby się wydawało, ponieważ oprócz aniołów, po świecie chodzą też demony. Można się domyślić, że ich zadaniem jest sprowadzanie ludzi na złą drogę. Serena ma za zadanie zaopiekować się młodą gwiazda Hollywood, Nickiem, który wpadł w złe towarzystwo. I wtedy na jej drodze staje przystojny demon Julian. Od początku coś, co jest w dziewczynie, przyciąga go. Chciałby się nią zabawić, tak jak innymi przez stulecia. Coś mu jednak na to nie pozwala. Między tym dwojgiem rozpoczyna się zmysłowa gra, której stawką jest ludzkie życie i … zbawienie.
Jak już wspomniałam na początku, nie miałam ochoty czytać książki pani Chong. I jaki bym popełniła błąd. Może „Zmysłowa gra”, nie jest jakoś szczególnie wybitna i wspaniała, ale wciąga. Oplata wokół nas swoje macki i nawet nie zauważymy, kiedy nie będziemy mogli oderwać się od przygód Juliana i Sereny.

Fabuła jest dosyć prosta. Książkę czyta się szybko, bez zbędnych przemyśleń. W końcu ten gatunek ma nam uprzyjemnić czas. Język powieści jest potoczny, przyjemny, jednak nie prymitywny, jak często bywa. Wypowiedzi bardzo pasują do bohaterów, podkreślają ich charakter. Czytając, mogłam wyobrazić sobie nawet ton głosu, jakim posługują się postacie.

Wielce rozczarowało mnie zakończenie? O ile fabuła przez prawie całą powieść toczyła się nie za szybko i nie za wolno, a wszystkie wydarzenia do siebie pasowały, to zakończenie było… tragiczne. Nie dość, że nie pasowało w najmniejszym szczególe do całego zarysu powieści to jeszcze jak dla mnie cała akcja na ostatnich kartach potoczyła się zdecydowanie za szybko.
Opisując powieści erotycznie nie sposób nie poruszyć kwestii seksu. Do tej pory spotkałam się z jedną książką tego rodzaju, a opis miłości( o ironio, wcale nie powinien się tak nazywać, tylko kopulowaniem, zaspokojeniem żądzy) był dosyć prymitywny. W „Zmysłowej grze” jest zupełnie inaczej. Cała scena, kiedy to Julian i Serena przeżywają swój pierwszy raz, jest opisany z wielkim smakiem. Nie ma tam niczego zwierzęcego. Czuć prawdziwą miłość, jaka rodzi się między tym dwojgiem. I takich właśnie opisów brakuje w literaturze kobiecej. Wszyscy bierzmy przykład z pani Chong, przynajmniej w tej kwestii.

Nie wystawiam ocen książkom, bo według mnie nie na tym polega moja rola. Ale jeżeli już, to ta książka dostałaby dobrą czwórkę, w skali od jeden do sześć. Jeżeli znajdziecie czas, chcecie oderwać się od świata lub po prostu przeczytać coś z literatury typowo kobiecej, to z całego serce polecam „Zmysłową grę”.


Książka przeczytana w ramach wyzwania : Paranormal Romance.

środa, 10 kwietnia 2013

Jeden kierunek ruchu

Autor : Joanna Chmielewska
Wydawnictwo : KOBRA
Ilość stron : 121

 „ONA mówi ze miłość idzie drogą, która ma jeden kierunek ruchu”

Kiedy ostatnio byłam w bibliotece, w oczy rzuciła mi się właśnie ta książka. Przy innych powieściach pani Chmielewskiej wyglądała nikło. Mała ilość stron sprawiła że lektura była prawie że niewidoczna. Jednak coś kazało mi ją dostrzec. Nawet nie czytając opisu, wzięłam ją ze sobą. Dzisiaj, w ramach przerwy w świątecznych porządkach, postanowiłam ją przeczytać. Najpierw jednak zapoznałam się z wiadomością od autorki. I co się okazało? Że ta powieść to nie jest kryminał. Nie jest to także komedia. A więc co? Według autorki jest to „krwawy dramat serca”.
Powieść pisana jest w formie listów. Adresatem jest Ukochany Właściciel, którego imienia nie znamy, a nadawcą : Skoda. I nie jest to żaden pseudonim, tylko marka samochodu. Stęsknione auto pisze listy do swojego Właściciela. Nie może znieść, ze podczas jego nieobecności kierują nią ONA, czyli dziewczyna jej ukochanego Pana. Skodzie nie odpowiada to, ze nawet wozi ją do warsztatu i raz  na jakiś czas robi dziewczynie na złość.

Po przeczytaniu kilku pierwszych stron stwierdziłam ze musi być komedia, autorka musiała się pomylić. Wielbiący swojego właściciela samochód, przypomina do złudzenia opętaną miłością kobietę. Czytając listy, pisane  notabene przez samochód można było się uśmiać. Jednakże, zaślepiony pojazd nie widzi prawdy. Bo kim jest naprawdę jej Właściciel? Czy rzeczywiście tak kocha Skodę, że poza za nią nie widzi żywego świata? Co zrobi, gdy dowie się prawdy?
Nie będę pisała tutaj spoilera, bo nie na tym polega moje rola. Chcę was zachęcić do sięgnięcia po „Jeden kierunek ruchu”, szczególnie dziewczyny. Autorka w sposób idealny, jednak za pomocą pewnych metafor opisała miłość. Nie taką zwykłą, szczęśliwą, wieczną, ale odtrącaną i powoli zapomnianą. Taką, która spotkać może, lub spotkała, każdą z nas.

Zaskakująca jest puenta. Skoda, jej postać, to tylko metafora. Czytając powoli uświadamiamy sobie, ze jest to zbiór autentycznych listów, pisanych do swojego teraźniejszego partnera. Zmienione jest tylko zakończenie, bo (SPOLIER) historia kończy się jednak szczęśliwie, dla Skody i JEJ.

Reasumując : gorąco polecam powieść. Nie tylko ze względu ze autorką jest uwielbiana przeze mnie pani Chmielewska, ale przekazuje ona pewne prawdy o życiu. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania : Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę :)

czwartek, 4 kwietnia 2013

Nielegalne związki

Autor : Grażyna Plebanek
Wydawnictwo : WAB
Ilość stron : 323

Ostatnimi czasy powieści erotyczne stały się bardzo modne. Weźmy miedzy innymi „50 twarzy Grey’a”, którymi zachwycają się wszyscy, chociaż jest to tylko opis seksu sado- maso. Zaraz po sukcesie tej książki, na rynku pojawiło się wiele powieści łudząco podobnych do historii o Christanie Greyu (wybaczcie, jeżeli źle napisałam). Do nowego gatunku zalicza się powieść Grażyny Plebanek, pt. „Nielegalne związki”, chociaż została ona wydana jeszcze przez wielkim medialnym bumem na powieści erotyczne. Nie byłabym do niej przekonana, gdyby nie koleżanka, która powieść bardzo zachwalała. Z chęcią przystąpiłam do czytania, ale mój zapał opadł już na samym początku. „Nielegalne związki” to dla mnie ogromne rozczarowanie.

Głównym bohaterem i narratorem i Jonathan. Jest Polakiem, chociaż przez pewien czas mieszkał z matką w Anglii, a potem we Francji, gdzie studiował. Jest on również narratorem powieści. Opowiada o swoim romansie z Angellą, piękną czeszką, która „zawładnęła jego sercem”. Jonathan mieszka w Belgii, gdzie pracę dostała jego zona, Megi. Mają oni dwójkę dzieci. Wydają się być szczęśliwi.  Jednak pozory mylą, bo Jonathan wdaje się w romans zupełnie nieodpowiedzialny i  dziecinny. Myślałam że może być to przyjemna powieść. Nic bardziej mylnego.  

Nic więcej o fabule nie można napisać, bo prawie jej nie ma. Większość książki to opisy seksu Jonathana i Angelli, lub przemyślenia głównego bohatera. Zastanawia się co robi, stara się zerwać z kochanką, zrywa, jednak nie wytrzymuje i do niej wraca. Przez całą książkę Jonathan krąży właśnie w tym schemacie. Nie potrafi wytrzymać bez Angelli, a jego żona momentami go… obrzydza. Przykre, ale prawdziwe. Kiedy już kochanka zgodzi się na związek, zachowywany oczywiście w  tajemnicy, jest szczęśliwy. Tylko że przez jakiś czas, bo znowu pojawiają się wyrzuty sumienia.

Trzeba zaznaczyć ze jest to pierwsza książka, która opisuje romans z perspektywy mężczyzny. Jednak, czy Ci którzy się zachwycali tak nad dziełem pani Plebanek, pomyśleli nad tym, jaki to jest bezsens? Co może wiedzieć kobieta o przeżyciach mężczyzny? Nic, zupełnie nic. Może nam się tylko zdawać że cokolwiek wiemy. Właśnie stąd trochę kobieca postawa bohatera. Autorka zaznaczyła że  bodźcem do napisania powieści była rozmowa z kolegą, który miał romans. Opowiedział on jej o swoich uczuciach, o miłości do dzieci, kochanki i żony. Czuł on się zawieszony w przestrzeni i nie wiedział co zrobić ze swoim życiem. Zupełnie jak bohater. Jednak czy kobieta może opisać wszystko dokładnie tak, jak czuje coś mężczyzna? Książka „Nielegalne związki” pokazuje że jest to niemożliwe.

Akcja powieści rozgrywa się w Belgi, momentami w Polsce. Plusem są opisy miasta, w którym mieszka główny bohater, Brukseli. Jednak oprócz tego nie doszukałam się w książce żadnych plusów. Jak już wspomniałam, bardzo mnie rozczarowała. Autorka neguje wszystkie wartości jakimi są m.in. miłość, zaufanie, wierność, czy nawet honor. Jonathan jest mężczyzną bez nawet odrobiny honoru. Boi się zerwać z kochanką bo nie wie, czy bez niej da radę wytrzymać. W dodatku, ucieka od odpowiedzialności. Ma dzieci, żonę i to im powinien być oddany. Bohater momentami zdaje sobie z tego sprawę, jednak wyrzuty sumienia są zagłuszone przez pożądanie. Czytając przemyślenia głównego bohatera, wydaje mi się że jest to kobieta. Książka wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby autorem był mężczyzna. Bo, jak to się mówi kobiety są z Wenus , a mężczyźni z Marsa i mało o sobie wiedzą. Wyjątkiem jest tutaj mój ukochany Spark’s który pięknie opisuje prawdziwe uczucie.

Wątpię, żeby dorośli ludzie wciąż myśleli o zdradzie. Są przypadki, gdy mężczyzna odchodzi od kobiety która jest jego żoną  i z którą ma dzieci. Jednak, czy myśli tak jak Jonathan? Ja, szczerze w to wątpię.

Zakończenie, było najbardziej irytujące. Sprawy romansu skomplikowały się, jednak zamiast dojść do jakiegokolwiek porozumienia, każdy zrobił to, co mu najbardziej pasowało.
Jeżeli chcecie, czytajcie. Ja nie polecam, książka wywołała u mnie wiele negatywnych i skrajnych emocji. Z recenzją zwlekałam około miesiąca, żeby zobaczyć, czy po pewnym czasie i przemyśleniach, mój stosunek do tej powieści się zmieni. Myliłam się. Nadal jest tak, jak było.


powieść przeczytana w ramach wyzwania : Polacy nie gęsi, czyli czytamy polską literaturę. 

środa, 3 kwietnia 2013

Kto zabił Jezusa.
Autor : Paweł Lisicki
Wydawnictwo : M

Książkę „Kto zabił Jezusa” otrzymałam 4 dni przed Wielkanocą. Jest to dla mnie idealny czas na zapoznanie się z lekturą. Jestem chrześcijanką i jak każdy miewam chwile zwątpienia, zwłaszcza ze przeżywam teraz trudny okres dojrzewania i poszukiwania samej siebie.  Ale mam na swojej drodze osoby które stawiam sobie za wzór i staram się je naśladować. Nie są to osoby święte, ale  zwykli ludzi żyjący tuż obok nas. Jednak odbiegam od tematu. Książka napisana przez pana Lisicekiego okazała się bardzo interesującą pozycją. Napisał on pewnego rodzaju biografię, jedej z najznamienitszej postaci całej historii ludzkości – Jezusa Chrystusa. Sam tytuł zachęca do zapoznania się z treścią. Dlaczego? Od dziecka wiemy ze to Żydzi zabili Chrystusa, a Piłat umył ręce, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za śmierć tego człowieka. Jednak czy tak było naprawdę? Wyznawcy Judaizmu, są to nasi „starsi bracia a wierze”, jak mawiał Papież, nasz rodak Jan Paweł II. Jednak nie uwierzyli oni w Zbawiciela i wciąż na niego czekają. Paweł Lisicki przedstawia nam rolę Żydów w męce i ukrzyżowania Chrystusa w inny sposób. Poniżej wspomnę tylko o nielicznych tematach poruszonych przez autora, jedna to te najbardziej mnie zainteresowały.

Wszyscy chrześcijanie znają obraz Męki Pańskiej. Bardzo realistycznie przedstawił śmierć Chrystusa Mel Gibson w filmie „Pasja”. Tam wszystko jest dokładnie przedstawione. Judasz wydaje Jezusa Żydom, kapłanom. Ci przychodzą po Niego, zabierają Go do Piłata, który wydaje na niego wyrok śmierci krzyżowej i umywa ręce. Od lat w naszych głowach kwitnie stereotyp ze to właśnie wyznawcy Judaizmu są winni śmierci Jezusa. Jednak, czy tak było naprawdę? Czy Piłta rzeczywiście był niewinny? Według autorka namiestnik Rzymu doskonale zdawał sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia. Świadczy o tym między innymi ten słynny gest umycia rąk, znany nawet najmłodszym.

Autor w stawia w innym świetle wydarzenia przedstawione w Ewangelii. Wiemy, że nie były one napisane ani przez Marka, ani przez Jana, Łukasza czy Mateusza. Więc dlaczego chrześcijanie, którzy opisywali życie i śmierć Jezusa uznali, że to nie Rzymianie, ale właśnie Żydzi sią winni śmierci Jezusa? Na te oraz inne pytania znajdziecie odpowiedź w książce autorstwa pana Lisickiego. Autor porusza wiele innych zagadnień, które bardzo interesują czytelnika, a których moje pokolenie na pewno nie dowie się z lekcji religii lub etyki. Wiem to z własnego doświadczenia. Jeżeli chcemy dowiedzieć się czegoś nowego, musimy szukać sami.
Autor dużo uwagi poświęca na zapoznanie się z kulturą Żydów, stara się zrozumieć ich postępowanie. Ukazuje jak ważną rolę spełniła Świątynia Jerozolimska. Dla mnie było to źródło dodatkowej i bardzo ciekawej historii naszych starszych braci w wierze, jak mawiał nasz papież rodak Jan Paweł II.

A co z datą? Czytając „Kto zabił Jezusa” zwróciłam uwagę na coś, co wcześniej było dla mnie niedostrzegalne. Co to takiego? Trzeba albo wczytać się w ewangelie, albo zapoznać się z książką pana Lisieckiego. Nie będę tutaj wszystkiego zdradzać. Jednak czytając, można odkryć wiele rzeczy, na które wcześniej nie zwrócilibyśmy uwagi. Wielu nam się zdaje, że znamy Pismo Święte. Ale czy to prawda? Książka uświadomiła mi że jeszcze długa droga przede mną, aby poznać i dobrze zinterpretować chociaż w połowie Ewangelię. Dzieło pana Lisciekiego pozwoliło mi spojrzeć na ukrzyżowanie Zbawiciela z nieco innej perspektywy.

To tylko niektóre zagadnienia które autor porusza. Pan Lisicki skupia się na ostatnich dniach życia Jezusa, wyjaśniając czytelnikom wszystko to, czego nikt inny nam nie wytłumaczy. Należy również zwrócić uwagę na to, jak wiele pracy autor włożył w książkę. Przytacza on wiele wypowiedzi pisarzy teologów, z czego można wywnioskować, o bardzo ogromnej wiedzy autora.  
Każdy, kto uważa się za chrześcijanina powinien zapoznać się z tym dziełem. Jest bardzo pouczające, dostarcza głębokiej wiedzy. W dodatku, na pewno nie można się nudzić przy czytaniu.


Książkę otrzymałam dzięki Wydawnictwu M, za co serdecznie dziękuje :)

@templatesyard