Braterska miłość w Charlie St. Colud (2010)

źródło
Charlie ma przed sobą obiecująca przyszłość – właśnie kończy szkołę, ma marzenia oraz plany, ale jeden wieczór powoduje że to wszystko, na co tak solennie pracował, legnie  gruzach. W wypadku samochodowym ginie jego ukochany młodszy brat. Chłopak porzuca swoje plany i podejmuje się pracy grabarza na cmentarzu, a co wieczór spotyka ducha Sama  i uczy go gry w baseball. Jednak co się stanie gdy Charlie spotka kogoś, kto przywróci mu radość życia i ponownie nauczy dostrzegać piękno w każdym kolejnym dniu i w nawet najmniejszych rzeczach?
Nie oceniam tego filmu zbyt wysoko ani zbyt nisko – miło się go oglądało i nie uważam czasu który przy nim spędziłam za stracony. Co więc mnie takiego w nim urzekło?
Charlie St. Could to smutna, ale zarazem piękna historia młodego chłopaka, który nie może pogodzić się z odejściem brata. Bo przecież Sam miał przed sobą całe życie, chciał nauczyć się grać w baseball i dostać się do szkolnej drużyny, tak samo jak jego brat. Los odebrał mu tę szansę, a Charlie nie może pozbyć się wyrzutów sumienia – bo gdyby postąpił inaczej jego mały Sammy nadal by żył.
Spodziewałam się że Efronowi trudno będzie się pozbyć twarzy Troy’a Bolton’a, bo przecież to High School Musical był dla niego filmowym debiutem. I podczas oglądania Charlie St. Could byłam mile zaskoczona – Zac zaangażował się w swoją rolę i dość przekonująco zagrał młodego człowieka, który co wieczór widuje się ze swoim młodszym bratem. I teraz już inaczej będę patrzeć na filmy z jego udziałem, bo nie ukrywam, że wcześniej trochę ich się bałam.
W Charlie St. Could pojawia się smutek, łzy, ale także radość i prawdziwa, braterska miłość. Twórcy postawili sobie cel – chcieli, aby ten film potrafił zagrać na emocjach odbiorców i muszę przyznać, udało im się to. Owszem, jest on trochę przewidywalny, ale odpowiedni zarówno na wieczór z przyjaciółkami, mężem, chłopakiem czy oglądanie w samotności. Chalrie St. Could to idealna forma rozrywki, jeżeli nie oczekujemy filmów, które wbiją nas w fotel swoją akcją i fabułą, ale musimy mieć na uwadze że nie ma tutaj pościgów, przerażających upiorów czy zakończeń, które wprawiają nas w osłupienie.
Ale pod otoczką dramatu i romansu jest coś więcej – przekaz, że prawdziwa miłość może pokonać wszystkie przeszkody, a ukochana osoba na zawsze pozostanie w naszym sercu, nawet jeżeli odejdzie. Świat bez niej nie będzie już taki sam, ale wspomnienia, który zgromadziliśmy, pomogą nam się uporać z bólem.
Podejrzewam że niektórym ten film do gustu nie przypadnie. Ale mi tak, chociaż nie postawiłaby mu oceny najwyższej możliwych.


Tytuł: Charlie St. Could
Rok produkcji: 2010
Reżyseria: Burr Steers
Ocena: 7/10



CONVERSATION

7 komentarze:

  1. Mam za sobą i książkę, i film - polecam jedno i drugie! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam już bardzo dawno, ale pamiętam, że podobał mi się, bo lubię obejrzeć czasem takie wzruszające filmy. Jestem takim płaczkiem. A Charlie St. Could pokazywał, że jeśli uporamy się ze stratą, to dalsze życie nie będzie takie złe. A Efron faktycznie wywiązał się tutaj z dobrej gry aktorskiej :)
    Pozdrawiam i serdecznie zapraszam na mojego bloga, na którym pojawiła się recenzja "W otchłani".
    BOOK MOORNING

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam książki i filmu nie oglądałam. Ale jestem zafascynowana tą historią! Jak najszybciej się z nią zapoznam. Świetna recenzja :)
    Pozdrawiam i zapraszam polecam-goodbook.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety książki nie czytałam... ale oglądałam film (bardzo) dawno i wspominam bardzo miło :) Zgadzam się z Tobą, z Efron wykazał się talentem aktorskim i udało mi się "odkleić" etykietkę Troy'a z High School Musical - a przynajmniej w moim odczuciu. Trzeba przyznać, że ma dużo więcej do zaoferowania.
    Pozdrawiam, chocabooks

    OdpowiedzUsuń
  5. Film mnie na kolana nie powalił, ale książkę uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Oglądałam, może jakoś bardzo mnie nie zachwycił, ale przyjemnie się oglądało. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To nie jest taki rodzaj filmu jaki często oglądam, ale może kiedyś... ;)

    OdpowiedzUsuń